Poradnik
 Kursy kolonijne
 Inne
 Dodatki

 

VIII. Dzieci a rodzice

W przeciwieństwie do innych wychowawców, którzy mogą oddziaływać na swych wychowanków przez czas dłuższy, wychowawca kolonijny "przejmuje" dzieci spod rodzicielskiej opieki tylko na parę tygodni. Jego wpływ na proces wychowania młodego człowieka może być jednak ogromny, ponieważ w czasie trwania kolonii jest prawie wyłączny - wychowawca jest dla dziecka w pełni dyspozycyjny, a wychowanek ma swobodny dostęp do swojego wychowawcy niemal non-stop.
Nie możemy jednak zapominać o tym, że nasze działanie jako wychowawcy jest częścią całokształtu procesu wychowywania człowieka i nie może przebiegać w oderwaniu od tego wszystkiego, z czym dziecko już miało do czynienia i z czym mieć będzie w przyszłości.
Niestety, proces wychowywania dziecka we współczesnym społeczeństwie rzadko kiedy przebiega harmonijnie. W wielu wypadkach polega on na szeregu oderwanych, a często nawet rywalizujących ze sobą działań: czego innego wymaga się od dziecka w domu, czego innego w szkole, a do jeszcze innego sposobu zachowania nakłania je środowisko rówieśnicze.

Ważne jest, aby wszystkie działania wychowawcze na koloniach szły po linii wspierania pozycji wychowawczej rodziny i aby układały się na zasadach wzajemnej życzliwości i współpracy z rodzicami dziecka. Niestety początki tej współpracy są często bardzo trudne. Rodzice, nieraz zupełnie bez zastanowienia, straszą dziecko koloniami, nastawiają je do nich wrogo lub pogardliwie, piszą podejrzliwe listy wypytując, czy dzieci nie są na koloniach źle traktowane, źle odżywiane itp. Wychowawcy z kolei niezadowalające zachowanie dziecka przypisują złemu wychowaniu w rodzinie i manifestują to w formie lekceważących lub niechętnych wypowiedzi o niej. Nic więc dziwnego, że na styku wychowawca - rodzic bardzo często dochodzi do iskrzenia.

Rozdrażnienie, napastliwość, niesłuszne zarzuty, nieufność - wszystko to ma swoje uzasadnienie w rodzicielskiej miłości, albo w niedobrych doświadczeniach wyniesionych z innych kolonii czy obozów lub nawet z różnych sądów, jakie na ten temat krążą. My natomiast musimy działać z rozmysłem i "na zimno", by te wszystkie uprzedzenia przełamać, pozyskać sobie życzliwość i zaufanie. W trudnym procesie wychowania młodego człowieka rodzice powinni stać się naszymi partnerami i na odwrót. Przecież rodzice, jak nikt inny, najlepiej znają swoje dzieci i wiedza ta, choć subiektywna, może być dla wychowawcy nieocenioną pomocą.

Kontakt z domem

Sprawa kontaktu dzieci z rodzicami podczas trwania kolonii jest ważnym problemem dotyczącym każdej ze stron - zarówno dziecka i rodzica, jak też i wychowawcy. Wiele osób niedostatecznie zdaje sobie sprawę z tego, jak ważny dla dziecka jest kontakt z domem rodzinnym. Dla dziecka przebywającego z dala od domu stanowi on warunek dobrego samopoczucia i równowagi psychicznej. Niestety często jest on również czynnikiem destabilizującym ową równowagę...

Ważne jest, aby wychowawca orientował się w tym, jak odbywa się ów kontakt dziecka z rodzicami. Oczywiście niesłuszne jest wszelkie kontrolowanie listów od czy do dzieci lub podsłuchiwanie rozmów telefonicznych. Dzieci są takimi samymi obywatelami jak inni i przysługuje im prawo tajemnicy korespondencji. Dobry wychowawca, pozostający w zażyłych i serdecznych kontaktach ze swą grupą, i tak doskonale orientuje się w treści krążących między dziećmi a rodzicami listów, czy rozmów telefonicznych. Dzieci, zwłaszcza młodsze, spontanicznie ujawniają ją w rozmowach, opowiadając co napisali bądź powiedzieli rodzice.

Ale na koloniach przebywają także dzieci trudno adaptujące się do środowiska, nerwowe, konfliktowe. Piszą one często do rodziców rozpaczliwe listy, w których domagają się zabrania do domu i żalą, że na koloniach jest im bardzo źle. Niektóre, chcąc wzmocnić argumentację - dodają jakieś wyolbrzymione opisy krzywd, w rodzaju: "pani na mnie krzyczy, dziewczynki (czy chłopcy) biją mnie". Niekiedy dziecko, ukarane w swoim mniemaniu niesłusznie, postanawia "odegrać się" na wychowawcy i zmyśla mrożącą krew w żyłach historię o koloniach sądząc, że rodzice będą interweniować i w ten sposób wychowawca zostanie ukarany. Czy można dziwić się rodzicom, że telefonują, a nawet przyjeżdżają, aby osobiście stanąć w obronie swoich pociech?

Postępowanie wychowawcy w takich wypadkach musi być bardzo przemyślane i ostrożne, zarówno w toku załatwiania tych spraw z rodzicami, jak i z samymi dziećmi. Sposób postępowania powinien być oczywiście uzależniony od konkretnej sytuacji. Niestety wychowawca nie ma łatwego zadania. Potwierdza się stara maksyma, że lepiej zapobiegać pewnym wydarzeniom, niż naprawiać ich skutki. Jeśli sprawa dotyczy dziecka, które rzeczywiście źle się czuje na koloniach, cierpi i tęskni - źle się stało, że wychowawca nie przewidział lub nie zauważył tego wcześniej. Mógłby wtedy wcześniej zacząć wzmacniać pozycje dziecka w grupie. Najpierw własnymi siłami, a gdyby to nie pomogło mógłby zwrócić się do bardziej doświadczonych wychowawców, bądź kierownictwa kolonii. Wreszcie wychowawca w porozumieniu z kierownictwem kolonii mógłby skontaktować się z rodzicami i zawiadomić ich o złym samopoczuciu dziecka, skorzystać z ich rady i pomocy, uzyskać dodatkowych informacje o dziecku, jego sytuacji rodzinnej i zdrowotnej, o upodobaniach, umiejętnościach, zdolnościach. Wszystko to mogłoby pomóc w znalezieniu odpowiedniej recepty na poprawę samopoczucia dziecka. Teraz wychowawca ma już zadanie nieco trudniejsze, bo w związku z listem czy telefonem od dziecka rodzice mogą być doń nastawieni nieprzychylnie.

Jeśli dziecko pisząc do domu zmyśliło jakieś wydarzenie odbijające się ujemnie na opinii o koloniach, czego wynikiem stała się interwencja rodziców, należy spokojnie i taktownie przeprowadzić rozmowę z rodzicami, najlepiej w obecności kierownika kolonii (zaś na pewno - za jego wiedzą i zgodą), i przedstawić faktyczny stan rzeczy. Pamiętajmy jednak przy tym, że chcąc załagodzić konflikt nie możemy zbyt ostro potępiać przed rodzicami ich własnego dziecka. Te dwie strony są połączone przecież bardzo silnym związkiem uczuciowym i nie możemy oczekiwać, żeby rodzice stanęli po naszej stronie. Muszą oni natomiast zrozumieć, że na kolonii nikt nie jest nastawiony do dziecka nieżyczliwie i nikt nie chce uczynić mu krzywdy. Równie mądrze musi być w takim przypadku przeprowadzona rozmowa z dzieckiem. Wystrzegajmy się w takich sytuacjach wszelkich publicznych nagan i potępiania oraz nastawiania do dziecka wrogo jego kolegów. Po załatwieniu sprawy starajmy się szybko wymazać ją z pamięci swojej i całej kolonii.

Pieniądze na kolonii

Pewne problemy niesie ze sobą fakt posiadania przez naszych podopiecznych pieniędzy. Kłótnie i zazdrość, oskarżanie o kradzież lub kradzieże rzeczywiste, urojone i prawdziwe zguby, obleganie sklepów i kiosków w najmniej sprzyjających temu porach, ciągłe problemy z lodami i napojami, które koniecznie trzeba kupować w najbrudniejszych kioskach i straganach, kupowanie najobrzydliwszych pamiątek, a potem kłopoty z przechowaniem ich, albo tragedie, jeśli się zgubią lub zniszczą, wreszcie potajemne wyprawy "na piwko" i palenie papierosów - wszystko to są pochodne "kieszonkowego". Problemem jest zarówno brak gotówki u niektórych dzieci jak i jej nadmiar. Prawdziwym szczęściarzem jest wychowawca którego kolonia stacjonuje w dzikiej głuszy, z dala od punktów handlu - jest on wolny przynajmniej od części tych kłopotów. Niestety, wobec większości tych problemów wychowawca jest prawie bezradny, a z pomocą może mu przyjść jedynie własna pamięć i bystra orientacja oraz dar łagodnej perswazji. Nie możemy bowiem zabronić dzieciom wydawania pieniędzy według własnego uznania. Możemy jedynie apelować do rodziców o ograniczanie wysokości kieszonkowego, przedstawiając im wszystkie ujemne strony tego zjawiska. Możemy wyznaczyć pewną sumę optymalną, w granicach 100-200 zł, ale przygotujmy się na to, że niektórzy rodzice będą, dawać swoim dzieciom nawet 500 zł i więcej.

W grupach młodszych pieniądze dzieci powinien przechowywać bezwzględnie wychowawca, prowadząc zarazem odpowiedni zeszyt z rachunkami, aby wiadomo było, kto, ile i kiedy wydał. W rozmowach z dziećmi trzeba nawiązywać do sposobu i tempa wydawania pieniędzy, krytykując bezmyślne wydatki. Należy wszczepiać dzieciom wzory gospodarności i szacunku dla zarobionych przez rodziców pieniędzy. Starszym dzieciom pozostawiamy pieniądze do własnej dyspozycji, ale zachęcamy do samokontroli finansowej. Możemy też zaproponować, aby część pieniędzy przechowywali u nas. Ponadto wychowawca powinien wiedzieć, jakie sumy otrzymują poszczególne dzieci i notować je sobie w pamięci, aby móc czuwać nad tym, czy wydatki nie pozostają w rażącej dysproporcji w stosunku do wpływów.

Chociaż nie możemy zabronić dzieciom kupowania nieestetycznych i niepotrzebnych "pamiątek", z których słyną nasze miejscowości uzdrowiskowe, możemy starać się kształtować gust i opinie na ten temat. Możemy ponadto tak pokierować zajęciami, aby kiosk z pamiątkami znajdował się jak najrzadziej na trasie naszego marszu. Prawdą jest ponadto, że "plagi zakupowe" szerzą się najczęściej tam, gdzie zajęcia są nudne, a wycieczki nieciekawe.

Wychowawca jest uprawniany i zobowiązany do udaremniania, a nawet konfiskowania wszelkich zakupów, które mogą zagrażać zdrowiu lub bezpieczeństwu wychowanka. Kto jest przeziębiony czy zgrzany, nie może jeść lodów ani pić zimnych napojów, choćby był nie wiem jakim milionerem. To samo dotyczy niebezpiecznie ostrych noży, różnych zabawek "wybuchowych", wreszcie papierosów i alkoholu. Artykuły te wychowawca może zabrać i zwrócić dziecku dopiero pod koniec turnusu lub nawet wręczyć dopiero rodzicom po powrocie. Wszelkie wypowiedzi typu "to nie za pani pieniądze kupione, tylko za moje" - należy ucinać krótką odpowiedzią: za twoje pieniądze to w domu, jeśli pozwoli tata lub mama, a na kolonii tatą i mamą jest wychowawca i on w tych sprawach decyduje.

Jeśli odbieramy jakąś własność dziecku, poinformujmy go na jakiej podstawie działamy i wytłumaczmy spokojnie dlaczego to robimy. Warto również o tym fakcie powiadomić kierownictwo kolonii, gdyż zabezpieczy nas to przed skutkami ewentualnych roszczeń ze strony rodziców.

Odwiedziny rodziców

Wizyty rodziców są zazwyczaj przez kadrę kolonii przyjmowane z ciężkim westchnieniem. Nic dziwnego - trwają tylko kilka godzin, a straty wychowawcze, jakie często z nich wynikają, trudno nadrobić nawet do końca turnusu.

Przeciwko składaniu wizyt przemawia w pierwszym rzędzie to, że mogą sobie pozwolić na nie tylko rodzice niektórych dzieci. Te dzieci, których nikt z rodziny nie może odwiedzić - przeżywają chwile wielkiego rozgoryczenia i smutku. Już wiele dni przed terminem wizyty, temat ten staje się przedmiotem przechwałek dla jednych, a zazdrości dla innych naszych wychowanków.
Jednak jeśliby nawet pominąć ten problem, natychmiast pojawiają się inne. Mamy oto gromadkę nowicjuszy, którzy pierwsze kolonijne wieczory przepłakali do poduszki. Od niedawna dopiero, wielkim wysiłkiem wychowawców i swoim własnym, zaaklimatyzowali się na koloniach. Po wizycie rodziców tęsknota i łzy pojawiają się z powrotem. Próba samodzielności została przerwana, wszystko trzeba zaczynać od nowa. A bywa nawet i tak, że turnus się kończy, zanim dziecko powtórnie okrzepnie i ustabilizuje się psychicznie. Wtedy po kolonii pozostają wrażenia łzawe i smutne. Ma to duży wpływ na stosunek do następnych wyjazdów.

Sama organizacja wizyt pozostawia tyle do życzenia, że często staje się to przyczyną rozdrażnienia i niezadowolenia obu stron. Kolonie najczęściej nie są w stanie zapewnić rodzicom odpowiedniego przyjęcia, wyżywienia i zakwaterowania. Często rodzice przyjeżdżają z daleka, zmęczeni i głodni, prosto z pociągu. Jeśli pada deszcz, biwakują w sypialniach, a ubrudzone mamy kładą się na łóżkach dzieci, aby odpocząć. Gdy zobaczy to kolonijny lekarz - protestuje. Pod wpływem zmęczenia i tych wszystkich niewygód, niektórych rodziców, często nawet bez udziału ich świadomości, ogarnia nastrój podejrzliwości i agresywności w stosunku do kolonii. Od pierwszego momentu pobytu w placówce rozpoczynają nieufną kontrolę warunków życia dziecka. Bywa ona połączona z podchwytliwym wypytywaniem, ukierunkowującym dziecko na wypatrywanie i wyolbrzymianie wszystkich negatywnych stron kolonijnego życia.

Tak więc po odwiedzinach jedne dzieci są rozżalone albo rozpłakane, inne odkryły nagle, że na koloniach jest okropnie, jeszcze inne, przekarmione do niemożliwości. Czy można się dziwić, że personel nie lubi wizyt? To, co zostało napisane wyżej, mogłoby oznaczać, że jedyną rozsądną rzeczą do zrobienia jest zakaz wszelkich wizyt na koloniach. Ale nie jest to prawdą. Również i dzień odwiedzin rodziców może stać się wielką i dobrą szansą wychowawczą, może wnieść do życia kolonijnego nie chaos i dezorganizację, lecz atrakcyjne elementy wychowania uczuciowego, integracji dzieci z placówką, a także z zakładem pracy, który ją zorganizował.


<<  spis treści  >>